Szkolenie, mapa i nastolatki

Jakiś czas temu prowadziłam dla nauczycieli szkolenie o rozwoju nastolatków. O tym kim są, jacy są, i jak stać się dla nich wystarczająco dobrym przewodnikiem. Tak mnie to szkolenie zaaferowało, a właściwie długa i burzliwa dyskusja z uczestnikami, że zupełnie zapomniałam o naładowaniu telefonu, który już w drodze na szkolenie informował mnie rozpaczliwie, że zaraz go siły opuszczą. Zatem: zapomniałam naładować, ale o tym, że zapomniałam przypomniałam sobie już jakieś 10 km po zakończonym szkoleniu, kiedy mój jedyny kontakt ze światem nagle się urwał. A urwał się na tyle boleśnie, że okazało się, że nie wiem, jak do domu trafić. A że blondynką jestem i orientacji w przestrzeni za grosz nie mam, to i na rozstaju dróg nie wiedziałam czy w prawo czy w lewo… No i skręciłam nie tam, gdzie wartało. Długa to była podróż do domu. Za to po drodze: spotkałam 3 czy 4 cudownych ludzi, którzy nie tylko mi drogę pokazali, ale zdążyli opowiedzieć kawałek swojego życia, zaprosić na szklaneczkę małego co nie co (z czego stety niestety skorzystać nie mogłam), a starsza pani bochen chleba na drogę dałaJ. Dziwna i piękna była to podróż. A że jakieś 500 km miałam do przejechania, to i magiczna…

Ale jak się do tego ma temat nastolatków?

Pomyślałam wtedy o pewnej analogii. Pomyślałam, że nastolatkowie mają – być może jedyną w swoim życiu – szansę na poszukiwanie swojej własnej drogi do domu. Bez mapy, bez jasnych i konkretnych wskazówek. Trochę po omacku – za to z pełnymi tego konsekwencjami. Tymi dobrymi i tymi trudnymi. Mogą skorzystać z naszych drogowskazów, ale idąc dokładnie wg naszych rad – nie będą mieli okazji, żeby przeżyć swoje życie po swojemu. Idąc zupełnie na oślep – mogą się pogubić. Im bardziej my dorośli będziemy wytyczać im ścieżki (zazwyczaj wg naszych schematów, lęków lub niespełnionych pragnień), tym bardziej nasze dzieci albo będą na złość nam się gubić, albo poddadzą się tracąc szansę na poznanie nowych ścieżek. Ba, powiedziałabym, że i my stracimy szansę na odkrycie nowych, nieznanych światów, w poznawaniu których możemy towarzyszyć naszym dorastającym dzieciom. No właśnie – TOWARZYSZYĆ jest dla mnie tutaj kluczem, a właściwie wytrychem do ujęcia sedna tematu. Dać sobie szansę na odkrywanie i podążanie OBOK naszych dzieci, będąc jak to ujmuje J. Juul uważnym przewodnikiem stada…

Uważność dla rodziców?

Czy da się praktykować uważność będąc rodzicem?

Kiedy dwoje małych dzieci nie daje się porządnie wyspać, a gdzie tu jeszcze wcisnąć jakąś praktykę medytacyjną lub jogę. To niemożliwe. Może jak dzieci pójdą do szkoły i przestaną przychodzić do nas w nocy.

Okazuje się, że ćwiczyć uważność można nawet będąc zapracowanym rodzicem maluchów. Musimy jednak zrezygnować z wyobrażenia praktyki uważności takiej jak siedzenie na poduszce w oparach kadzideł. Istnieje jednak całkiem wiele pomysłów na codzienne ćwiczenia nawet kiedy mamy na nie jedynie kilka minut. Oto kilka pomysłów:

– koncentracja na zadaniu, które obecnie wykonuje (choćby było to zmywanie naczyń lub wieszanie prania)

– smakowanie jedzenia

– wyczucie napięcie mięśni i ich rozluźnienie

– rozpoznanie i nazwanie własnych emocji

– ćwicz uważność razem z dziećmi (krótkie medytacje, zwracanie uwagi na chwilę obecną) jeśli zobaczą, że to dla Ciebie ważne częściej będą z Tobą praktykować

– skup się na prysznicu, nie planuj zakupów ani kolejnego dnia, poczuj temperaturę wody, jej strumień itp.

To tylko kilak pomysłów. Prawie każdy w swoim dniu może znaleźć kilka chwil na ćwiczenie uważności. Tylko po co?

Dzięki takim ćwiczeniom zwiększamy naszą świadomość, co za tym idzie, lepiej też regulujemy nasze emocje i zachowania. Możemy też budować bardziej świadome relacji z dziećmi i najbliższymi. Kiedy jesteśmy z dziećmi jesteśmy uważni na to co mówią i jacy są dając im stu procentową obecność w tej chwili.