To nie jest powód do płaczu

To nie powód do płaczu

Większość rodziców chciałaby by ich dzieci były szczęśliwe przez cały czas. Dla wielu mam i ojców widok łez ich dziecka jest bardzo trudny. Chcieliby ulżyć bólowi, którego doświadcza.

A gdyby spojrzeć na płacz w inny sposób, zobaczyć, że to ważna informacja i że jest w porządku. Poza tym za łzami dzieją się prawdziwe cuda. Nie tylko zaczyna wydzielać się oksytocyna, która pomaga się uspokoić, ale i realnie zmniejsza odczuwanie bólu. Płacz powala się oczyścić, wyrzucić z ciała nagromadzony stres i inne emocje. Badania pokazują, że mężczyźni płaczą ok 10 razy w roku, kobiety ponad 30. Może to też jeden z powodów dlaczego mężczyźni częściej zapadają na choroby krążenia czy nadwagę. Pozwólmy chłopcom płakać, może wtedy jak dorosną będą lepiej sobie radzić z trudnymi emocjami. Płacz pomaga się oczyszczać z hormonu stresu – adrenokortykotropiny także wtedy gdy nie jesteśmy w inny sposób wyrazić emocji – dlatego pozwólmy na niego dzieciom.

 

A gdyby tak zacząć od siebie…

Przeglądając wpisy na fejsbukowych grupach czytam o różnych domowych sytuacjach. Najczęściej – z racji zainteresowań – trafiam na wpisy rodziców (częściej mam) uskarżających się na przeróżne sytuacje: a to dziecię, które nie chce jeść, a to młodzieniec, który udaje, że nie słyszy próśb o wyniesienie śmieci, a to rodzeństwo, które od razu po wejściu rodziców do domu zaczyna kłócić się, jakby specjalnie czekało z rozpoczęciem walki, aż ktoś z dorosłych przekroczy próg (prawdę mówiąc, sama miałam taką strategię z bratem). Często są to smutne wpisy, czasem pełne rozpaczy, czasem złości… Najczęściej wyczuwa się w nich troskę o dziecko, czasami przebija potrzeba wsparcia, rozwiania wątpliwości czy usłyszenia kilku słów zrozumienia.

A gdyby tak zacząć od siebie… I to z dwóch, wydawałoby się różnych stron.

Po pierwsze od poszukania odpowiedzi na kilka istotnych pytań:

  • dlaczego tak bardzo mi na tym zależy?
  • co moje dziecko chce mi pokazać zachowując się w ten określony sposób?
  • jakie emocje budzi we mnie to zachowanie?
  • czy to, na czym mi zależy mogę uzyskać w inny sposób, a jeżeli tak, to w jaki?
  • czy tak, jak do dziecka zachowałabym się/zachowałbym się w stosunku do kogoś dorosłego? a jeżeli nie, to jak inaczej wyglądałoby moje zachowanie?

Po drugie od poszukania odpowiedzi na kilka kolejnych, a równie ważnych, pytań:

  • kiedy ostatni raz zrobiłam/zrobiłem coś dla siebie?
  • jak mogę o siebie zadbać?
  • czy poza rolą mamy/taty mam przestrzeń na jeszcze inne role? na jakie i jak się w tych rolach czuję?
  • co poza moim dzieckiem jest dla mnie ważne w życiu?
  • czy chciałabym/chciałbym, żeby moje dziecko tak dbało o siebie, jak ja dbam o siebie teraz, czy mogę powiedzieć, że patrząc na mnie uczy się, że JA jest ważne?

I jeszcze: rodzicom, którzy przychodzą do nas na warsztaty lub sesje zadajemy bardzo często jedno jedyne pytanie na początek: kiedy ostatni raz mieliście czas dla siebie? Kiedy byliście na randce?

Ciekawe, które z tych pytań są dla Was szczególnie ważne i jakie byłyby Wasze odpowiedzi?:)

Szkolenie, mapa i nastolatki

Jakiś czas temu prowadziłam dla nauczycieli szkolenie o rozwoju nastolatków. O tym kim są, jacy są, i jak stać się dla nich wystarczająco dobrym przewodnikiem. Tak mnie to szkolenie zaaferowało, a właściwie długa i burzliwa dyskusja z uczestnikami, że zupełnie zapomniałam o naładowaniu telefonu, który już w drodze na szkolenie informował mnie rozpaczliwie, że zaraz go siły opuszczą. Zatem: zapomniałam naładować, ale o tym, że zapomniałam przypomniałam sobie już jakieś 10 km po zakończonym szkoleniu, kiedy mój jedyny kontakt ze światem nagle się urwał. A urwał się na tyle boleśnie, że okazało się, że nie wiem, jak do domu trafić. A że blondynką jestem i orientacji w przestrzeni za grosz nie mam, to i na rozstaju dróg nie wiedziałam czy w prawo czy w lewo… No i skręciłam nie tam, gdzie wartało. Długa to była podróż do domu. Za to po drodze: spotkałam 3 czy 4 cudownych ludzi, którzy nie tylko mi drogę pokazali, ale zdążyli opowiedzieć kawałek swojego życia, zaprosić na szklaneczkę małego co nie co (z czego stety niestety skorzystać nie mogłam), a starsza pani bochen chleba na drogę dałaJ. Dziwna i piękna była to podróż. A że jakieś 500 km miałam do przejechania, to i magiczna…

Ale jak się do tego ma temat nastolatków?

Pomyślałam wtedy o pewnej analogii. Pomyślałam, że nastolatkowie mają – być może jedyną w swoim życiu – szansę na poszukiwanie swojej własnej drogi do domu. Bez mapy, bez jasnych i konkretnych wskazówek. Trochę po omacku – za to z pełnymi tego konsekwencjami. Tymi dobrymi i tymi trudnymi. Mogą skorzystać z naszych drogowskazów, ale idąc dokładnie wg naszych rad – nie będą mieli okazji, żeby przeżyć swoje życie po swojemu. Idąc zupełnie na oślep – mogą się pogubić. Im bardziej my dorośli będziemy wytyczać im ścieżki (zazwyczaj wg naszych schematów, lęków lub niespełnionych pragnień), tym bardziej nasze dzieci albo będą na złość nam się gubić, albo poddadzą się tracąc szansę na poznanie nowych ścieżek. Ba, powiedziałabym, że i my stracimy szansę na odkrycie nowych, nieznanych światów, w poznawaniu których możemy towarzyszyć naszym dorastającym dzieciom. No właśnie – TOWARZYSZYĆ jest dla mnie tutaj kluczem, a właściwie wytrychem do ujęcia sedna tematu. Dać sobie szansę na odkrywanie i podążanie OBOK naszych dzieci, będąc jak to ujmuje J. Juul uważnym przewodnikiem stada…

Uważność dla rodziców?

Czy da się praktykować uważność będąc rodzicem?

Kiedy dwoje małych dzieci nie daje się porządnie wyspać, a gdzie tu jeszcze wcisnąć jakąś praktykę medytacyjną lub jogę. To niemożliwe. Może jak dzieci pójdą do szkoły i przestaną przychodzić do nas w nocy.

Okazuje się, że ćwiczyć uważność można nawet będąc zapracowanym rodzicem maluchów. Musimy jednak zrezygnować z wyobrażenia praktyki uważności takiej jak siedzenie na poduszce w oparach kadzideł. Istnieje jednak całkiem wiele pomysłów na codzienne ćwiczenia nawet kiedy mamy na nie jedynie kilka minut. Oto kilka pomysłów:

– koncentracja na zadaniu, które obecnie wykonuje (choćby było to zmywanie naczyń lub wieszanie prania)

– smakowanie jedzenia

– wyczucie napięcie mięśni i ich rozluźnienie

– rozpoznanie i nazwanie własnych emocji

– ćwicz uważność razem z dziećmi (krótkie medytacje, zwracanie uwagi na chwilę obecną) jeśli zobaczą, że to dla Ciebie ważne częściej będą z Tobą praktykować

– skup się na prysznicu, nie planuj zakupów ani kolejnego dnia, poczuj temperaturę wody, jej strumień itp.

To tylko kilak pomysłów. Prawie każdy w swoim dniu może znaleźć kilka chwil na ćwiczenie uważności. Tylko po co?

Dzięki takim ćwiczeniom zwiększamy naszą świadomość, co za tym idzie, lepiej też regulujemy nasze emocje i zachowania. Możemy też budować bardziej świadome relacji z dziećmi i najbliższymi. Kiedy jesteśmy z dziećmi jesteśmy uważni na to co mówią i jacy są dając im stu procentową obecność w tej chwili.

 

 

 

Jestem rodzicem dziecka, które uczysz. Wiesz, co chcę Ci powiedzieć?

Jestem rodzicem dziecka, które uczysz. Wiesz, co chcę Ci powiedzieć?

Ten wpis jest odpowiedzią na opublikowany w serwisie Onet.pl artykuł: „Jestem nauczycielką Twojego dziecka. Wiesz, co chcę Ci powiedzieć?”

 

Droga Nauczycielko,

przeczytałam Twój list. Wysłyszałam w nim dużo żalu, pretensji i złości. Emocji skierowanych w dużej mierze bezpośrednio do mnie – rodzica dzieci, które uczysz.

Zrobiło mi sie smutno. Choć najpierw pojawiła sie we mnie agresja. I pierwszą myślą było: odpowiem w takim samym tonie. To pewnie reakcja, która znasz, kiedy rodzic przychodzi do szkoły z pretensjami. Trudno konstruktywnie rozmawiać, kiedy i Ciebie i mnie zalewają emocje.

Odetchnęłam głęboko, przeczekałam, mocno poruszona Twoim wpisem nie przespałam nocy.

Chciałabym napisać, że rozumiem Twoją frustrację, ale to nie będzie prawdą. Nie mogę jej rozumieć, bo nie jestem nauczycielem. Mam za sobą praktyki pedagogiczne w szkole, mam kontakt z dziećmi i  młodzieżą, kiedy sporadycznie prowadzę dla nich warsztaty. Ale nauczycielem nie jestem. Jestem rodzicem. I kiedy czytam o Twojej złości na mnie za nową torebkę, spóźnienie na zebranie, zostawienie dziecka pod szkołą – czuję się atakowana. Atakowana za Twoją frustrację na to, co dookoła. A dookoła: dzieci, których za dużo w klasach, niskie pensje, którym ja nie jestem winna, zadania i obowiązki, które przynosisz do domu, jak większość z nas.

I mam w głowie taką myśl, że w sumie, to nam obu chodzi chyba o to samo: o dobre warunki wzrastania dla naszych dzieci. O to, by czuły się w szkole: lubiane, akceptowane, doceniane. By mogły rozwijać skrzydła i czerpać z tego, co możesz im dać. Tak – co Ty możesz im dać. Ty – Nauczyciel. Mnie nikt nie uczył jak być rodzicem. Podobnie, jak Ty mniej lub bardziej świadomie zdecydowałam się na pełniona przez siebie rolę, podobnie, jak Ty miewam lepsze i gorsze dni. I podobnie, jak Ty staram się najlepiej, jak potrafię.

Mam takie marzenie – żebyśmy w imię dobra dzieci stanęli po jednej stronie. Żebyśmy nauczyli się ze sobą rozmawiać i słyszeć się nawzajem. Żebyśmy budowali wspólną przestrzeń RAZEM a nie przeciwko sobie.

… nie odprowadziłam mojego dziecka do szkoły, bo kiedy ostatni raz to zrobiłam, został publicznie napiętnowany przez nauczyciela wychowawcę i wyzwany przed całą klasą od mamisynków…

… nie odprowadziłam mojego dziecka do szkoły, bo musiałam zdążyć na spotkanie w pracy…

… nie odprowadziłam mojego dziecka do szkoły, bo zmarł ktoś bardzo mi bliski i nie miałam siły wysiąść z auta…

… nie odprowadziłam mojego dziecka do szkoły, bo…

 

Mamo Tato – oceny i szkoła to nie wszystko.

Mamo Tato,

Dzisiaj zaczynam kolejną przygodę ze szkołą. Przede mną  ok. 10 miesięcy, które spędzę w szkolnej ławce. 10 miesięcy, podczas których będę oceniany i wystawiany na różne próby. A gdyby tak założyć już teraz, że te 10 miesięcy w szkole może być naszą wspólną nauką? Nauką nie na zdobywanie stopni, tylko na budowanie wzajemnych relacji? Gdyby założyć, że oceny i szkoła to nie wszystko???

Mamo, Tato, pamiętajcie zatem proszę:

– Kiedy dostaję w szkole gorsze oceny, to dla mnie nie jest to nic przyjemnego. Śmiech kolegów z klasy jest dla mnie wystarczająco upokarzający. Kiedy chcecie mnie zmotywować do nauki mówiąc: jesteś głąbem / przecież największy matoł potrafi to zrozumieć / Asia już rok temu to potrafiła – nie pomagacie mi wcale. Czuję się wtedy głupio i beznadziejnie, a skoro jestem głupkiem, to po co mam się uczyć?

A tak naprawdę, ja po prostu nie rozumiem tego, co mówi do mnie nauczyciel, może nie uważałem na poprzedniej lekcji, a może rok temu nauczyciel chorował i nie przerobił z nami podstaw…

 

– Kiedy nie mam siły rano, żeby wstać do szkoły, to Twoje krzyki, że spóźnisz się przeze mnie do pracy powodują, że jeszcze bardziej kulę się w sobie. Czasami naprawdę nie mam siły, a przecież Ty możesz wziąć w pracy wolne na żądanie.  Ja takiego prawa nie mam. A może boję się iść do szkoły, bo wiem, że nie umiem / nie mam odrobionych lekcji / zgubiłem zeszyt i boję się konsekwencji, a może dzieją się inne rzeczy – proszę wysłuchaj, co mam Ci do powiedzenia.

Tak naprawdę powodów może być bardzo wiele, jeżeli Ty nie chcesz mnie wysłuchać, to kto?

 

– Kiedy zadzwoni do Ciebie nauczyciel ze skargą na moje zachowanie, nie wyciągaj pochopnych wniosków. Twoje krzyki i kary nie spowodują, że będę zachowywał się inaczej. Czasami sytuacja wcale nie jest taka prosta, a moje zachowanie jest odreagowaniem tego, co dzieje się dookoła: w domu / w klasie / we mnie.

Tak naprawdę pomożesz mi pokazując, jak radzić sobie z emocjami i frustracją.

 

– Kiedy mówię, że Jaś jest głupi albo że Zocha znowu mi dokucza, nie ignoruj mnie. Być może to sytuacja jednorazowa, a być może to coś bardzo ważnego, bo właśnie cała klasa zmawia się przeciwko mnie. Twoje uwagi, że mam być miły dla Zochy i przeprosić Jasia nie pomogą mi, a po kilku razach najprawdopodobniej przestanę do Ciebie przychodzić.

Tak naprawdę potrzebuję Twojego wsparcia i zrozumienia. Będę czuć się lepiej, wiedząc, że zamiast szukać winnych pomożesz mi znaleźć nowe rozwiązania.

 

Mamo Tato, jestem tylko dzieckiem. Staram się jak mogę, czasami sam nie rozumiem swoich reakcji, czasami bardzo chcę coś dobrze, a wychodzi inaczej. Proszę wspieraj mnie i bądź przy mnie. Oceny i szkoła to nie wszystko…

 

Co zrobić żeby rodzeństwo się nie kłóciło? Najlepiej mieć jedynaka :)

Co zrobić żeby rodzeństwo się nie kłóciło? Najlepiej mieć jedynaka :).

 

Nie chcę tutaj dokładać cegiełki do dyskusji: czy lepiej być jedynakiem czy lepiej mieć rodzeństwo. Przyznam, że nie mam stanowiska w tej kwestii, a decyzja o liczbie dzieci jest indywidualną decyzją każdego z nas.

Chcę tutaj powiedzieć raczej tyle, że kłótnie, spory i wzajemne walki wpisane są w bratersko-siostrzaną rzeczywistość.  I że nie wyobrażam sobie rodzeństwa żyjącego w permanentnej zgodzie, ba, powiedziałabym nawet, że byłby to w moim odczuciu bardzo niepokojący sygnał.

Nie chcę powiedzieć, że (niemal) codzienne kłótnie to bułka z masłem dla rodziców, a Ci z nas, którzy zdecydowali się na więcej niż jedno dziecko po prostu nie mają prawa do narzekania i już. No nie, nie powiem tego, bo sama czasami nie jestem w stanie udźwignąć  pobudki w sielski sobotni poranek, zaczynającej się od kłótni, bo Młodsza krzywo spojrzała na Starszą, a Starsza dwa razy krzywiej spojrzała na Młodszą. Bo jak oddać, to przecież z nawiązką. Równie trudno jest znieść mi niekiedy uroczy powrót samochodem do domu po wspólnie spędzonej w knajpie kolacji. Już już, myślę sobie, dzisiaj będzie ten dzień, kiedy wspólna kolacja minęła w przemiłej atmosferze, i cud jakiś nastąpił, a może do zupy cos dosypali i zapanowała atmosfera wzajemnej miłości. Już już sekundy dzielą mnie, by w to uwierzyć, kiedy okazuje się, że Starsza pierwsza wsiadła do auta, a to Młodsza tym razem chciała być pierwszą. Albo Młodsza włączyła muzykę na telefonie akurat taką, której Starsza tego dnia akurat nie znosi.  Ups i na śmierć zapomniała, że ma w torbie na kolanach słuchawki, o czym z uśmiechem na ustach oznajmiła trzy minuty później. Trzy długie minuty, kiedy ja zdążyłam w myślach 5 razy zatrzymać samochód, dwa razy poprosić córki o opuszczenie samochodu przy prędkości co najmniej 200 km na godzinę i raz naprawdę włączyć radio na ful, co spotkało się z niemal niedosłyszalnym sprzeciwem obu.

Za to chcę podzielić się z Wami pewnym spostrzeżeniem: kiedy pozwalam moim córkom samodzielnie rozwiązać konflikt, kiedy powstrzymuję się przed interwencją i wkładaniem ręki w ogień, to okazuje się, że spór, który jeszcze minutę wcześniej wydawał się sporem rodem z Samych swoich, kończy się nadspodziewanie szybko. Czasami trwa dłużej, ale wtedy widzę, jak jedna przychodzi do drugiej, czasami mówi przepraszam, czasami przynosi coś na zgodę.  Obserwuję, jak uczą się rozwiązywać konflikty, czasami ustępując, czasami zażarcie broniąc tego, co dla nich ważne.

Kiedy zdarza mi się (rzadko, ale jednak i takie momenty bywają) podjąć interwencję, to nie dość, że pokazuję im, że nie mam zaufania do ich mądrości, że wtrącam się w coś, czego najczęściej nie znam w detalach, to jeszcze moje arbitralne rozstrzygnięcia przynoszą więcej złości i przedłużają ich wzajemne walki. Mało tego, bo trudno zachować w takiej sytuacji obiektywność, zatem któreś z dzieci nie dość, że będzie czuło się poszkodowane, to jeszcze chętnie odda drugiemu za swoją „porażkę”.

Tym samym, jeżeli kiedyś obudzicie się w sielski sobotni poranek i zatęsknicie za karuzelą emocji, to wystarczy, że w dobrej wierze postanowicie rozstrzygnąć niewielki spór pomiędzy waszymi dziećmi, np. zaczynając do słów: ustąp, bo jesteś starsza i mądrzejsza lub wręcz odwrotnie: ustąp bo jesteś młodsza, a Twoja siostra ma pierwszeństwo :).

(Nie)poradnik wakacyjny – poszukaj w sobie dziecka

Przypomnij sobie jak to było gdy byłeś dzieckiem. Gdy można było przez cały dzień budować zamki z piasku, maczać patyk w wodzie i oglądać skaczące pasikoniki. Jeśli nie pamiętasz jak to było spójrz na swoje dzieci. Popatrz co robią. Może zaproszą Cię do swojej zabawy. Dzieci mogą być najlepszymi nauczycielami Uważności. Bycia tu i teraz. Skupienia na tym co w tym momencie najważniejsze. W trakcie wakacji warto zawiesić na klamkę plany, pracę i przyszłość. Pobyć z tymi któymi kochamy, pozwolić by czas przelewał się przez palce, a słodkie nic nie robienie z najbliższymi sprawiało wiele przyjemności i frajdy. Nie zawsze to my musimy być nauczycielami dla naszych dzieci, wakacje to dobry czas żeby pouczć się czegoś od nich. Dajcie znać co już odkryliście. Ja np. jak wspaniale czuję się skacząc do jeziora na bombę!

(Nie) narzekaj

(Nie) narzekaj…

Półmetek wakacji za nami. Jedni już wrócili, jeszcze bardziej zmęczeni, z wyjazdu rodzinnego, inni już się boją skazania na 24h przebywanie ze sobą. Teraz mamy falę upałów. Więc fatalnie. Za gorąco, woda w Bałtyku za zimna lub z sinicami, pod namiotem za sucho, a w górach nie da się w taki gorąc spacerować. Jeszcze te dzieciaki. Cały czas jęczą, czegoś chcą , biją się, wrzeszczą i rozrabiają. No nic tylko się utopić w tym Bałtyku czy jeziorze.

W sumie taka litania nieszczęść i smutków to trochę nasza Polska normalka. Lepiej ponarzekać, niż chwalić się zanadto. Lepiej nie oczekiwać od urlopu za wiele, bo jeszcze się sprawdzi.

W naszym niepodraniku chciałbym was zachęcić żeby spróbować inaczej.

Wiele razy pisaliśmy o tym, że dzieci kopiują nasze zachowania, nasz sposób komunikacji, nasze nastawienie do świata. Kiedy my marudzimy i narzekamy, robią to i one.

Kiedy widzimy świat w szarościach, wielce prawdopodobne, że i taki będzie on dla naszych dzieci.

Ja mam to szczęście, że ostatni tydzień spędzam z chorym synem w szpitalu. Narzekać mogę naprawdę co niemiara. I kiedy już chciałam się poddać i zawiesić nos na kwintę, mój siedmiolatek postawił mnie do pionu mówiąc:

,,Podoba mi się nawet w szpitalu.”(Pomyślałam, że majaczy, pewnie przez gorączkę). On jednak ciągnął dalej: ,,Podoba mi się, bo jesteśmy tutaj cały czas razem, masz dla mnie dużo uwagi, czytasz mi i bawimy się tylko we dwoje lub z tatą.” Zamurowało mnie. A za chwilę i ja zaczęłam dostrzegać plusy: samodzielna sala, okno wychodzące na zacienione drzewo, wsparcie rodziny, skrzypiąca ale rozkładana leżanka. Nie tak to sobie wymarzyła, a jednak świat może być piękny!

To do Was zależy jak spędzicie wakacyjny czas z rodziną. Czy będzie to wasz czas pełen radości, kłótni, zabaw i sporów, ale WASZ jedyny i niepowtarzalny. Czy będzie wam przeszkadzał upał, deszcz, komary i na tym się skupicie. Wybór jest zawsze. Życzę autentycznie udanych wakacji 🙂

Dziecko na wakacjach, czyli (NIE)poradnika wakacyjnego ciąg dalszy

To nic, że nasze dziecko ma dopiero 15 lat. I to nic, że właśnie wyjechało w głąb jakiejś rodzimej puszczy z bandą bliżej nieznanych mi szaleńców. To podobno jakaś młodzieżowa subkultura, jak twierdzi córka. Podobne stroje mają, które nazywają mundurami. Do tego jakieś emblematy czy naszywki. Podobno wewnątrz są jakieś struktury i podział na podgrupy. Brzmi trochę przerażająco. Ale to nic…

Obiecałam sobie przecież, że nie będę się denerwować ani przejmować. I to nic, że napisała wczoraj, że mieszkają pod jakimiś wielkimi płachtami. I że łóżko musi sobie sama zbudować. A dzisiaj rano zadzwoniła, jak wszyscy jeszcze spali, żeby jej nie przyłapano, bo to podobno wstyd…, że wczoraj i owszem, łóżko zbudowała z czegoś, co określiła mianem drewnianych beli i sznurków, ale jedna bela (podobno przyciągnięta z lasu) jej pękła. I w związku z tym spała w jednym łóżku z jakąś koleżanką. I jeszcze powiedziała, że nie myła się od dwóch dni. I w sumie to nie wie, kiedy się umyje, bo jeszcze nie postawili sobie pryszniców…

To nic, to nic…:)

 

A jako że nie dajemy dobrych rad, bo każdy ma swój sposób postrzegania świata, to nie napiszemy wcale, że naprawdę to nic. Że nie ona pierwsza i nie ostatnia pojechała na obóz harcerski. I że taka szkoła życia przyda się zarówno dziecku, jak i rodzicom. I nie napiszemy, że jest to czas, który po całym roku funkcjonowania w kieracie szkolno-domowo-zawodowym warto wykorzystać chociaż ciut ciut dla siebie.

Wykorzystać dla siebie chociażby po to, żeby nie trzeba było za dwa tygodnie napisać: to nic droga mamo, że powyrywałaś sobie z lęku o swoje dziecko wszystkie włosy z głowy i poobgryzałaś wszystkie paznokcie… to nic, to nic…:)