Mam czasem momenty wątpliwości…

Mam czasem momenty wątpliwości. A może zakopać to całe wychowanie w szacunku głęboko pod ziemię i wprowadzić rygor rodem z wojska. Kary, nagrody, groźby i manipulacje, żeby już tylko te moje dzieci były w końcu posłuszne. Tak wyobrażam sobie, że piję ciepłą kawę a moje dzieci robią dokładnie to, o co je proszę i to w tej samej sekundzie, kiedy to mówię. Potem robię oddech i wyobrażam ich sobie jako dorosłych ludzi, którzy robią wszystko, co chcą od nich inni. Dorosłych bez poczucia własnej wartości, bez świadomości siebie i bez kontaktu z tym, co ważne. Robię kolejny wdech i już wiem, że nie chcę dla nich takiej przyszłości. Nie wiem, co będą w życiu robić, jakie wybiorą ścieżki, chcę jedynie, by robili to w zgodzie ze sobą. Żeby mieli wytworzone kompetencje społeczne lepiej niż tabliczkę mnożenia i całki. Żeby potrafili budować relacje z innymi ludźmi, relacje oparte na zaufaniu, trosce i empatii. A tego nie nauczą się nigdzie indziej, tylko dzięki temu, że zbuduję z nimi tu i teraz autentyczną relację. Nie mówię, że to jest prosta droga, jestem pewna, że można łatwiej. Ale ja tak chcę…

Nasze dzieci wypalają się szybciej niż myślimy

Obserwuję współczesne dzieci: te rozpoczynające edukację przedszkolną i te chodzące do szkoły. I coraz częściej myślę sobie, że nasze dzieci mają mniej odporny (bardziej osłabiony) układ nerwowy. Że zdecydowanie mocniej (a niektóre słabiej) są podatne na liczne, bombardujące je zewsząd bodźce. Mam taką hipotezę (moją własną, nie aspirującą do żadnej tezy badawczej), że być może jest to skutek ciągłego obcowania naszych dzieci z bardzo licznymi bodźcami ze świata urządzeń elektronicznych. Tablet, smartfon są tym, co zapewne już niedługo będą przynosić ze sobą zaraz po narodzinach. Może kwestia spędzania zbyt wiele czasu przy komputerach, telewizorach, konsolach bardzo wcześnie prowadzi do tego, że mózgi naszych dzieci stają się narażone na wypalenie. Do tego idąc do szkoły bardzo szybko zaczynają być przeciążone zadaniami domowymi. I zgodnie z tym, o czym pisze S. Shanker w swojej książce Self-Reg, młodzi i najmłodsi ludzie żyją w stanie permanentnego stresu. No bo taki zmęczony mózg, kiedy razem ze swoim ciałem wejdzie do przedszkola czy szkoły, gdzie zazwyczaj jest bardzo głośno, bardzo tłumnie, gdzie jeden osobnik wpada na drugiego, reaguje jak mózg człowieka z syndromem wypalenia zawodowego: wszystko go irytuje, nie nadąża przetwarzać zapodawanych bodźców, a każdy kolejny powoduje w nim wzrost napięcia, którego nie ma gdzie i jak rozładować. Dlatego spotykamy się z irracjonalnie agresywnymi reakcjami dzieci, ich alienacją lub „dziwnymi” i niezrozumiałymi dla nas zachowaniami. A że my dorośli (czy jako rodzice, czy jako nauczyciele) też bywamy przeciążeni, to zachowanie dziecka i nas może irytować. Najczęściej bowiem skupiamy się na samym zachowaniu, a nie na jego przyczynie. To pierwsze wpływa na nas, na klasę, w której uczymy, na relacje między rodzeństwem w domu. To drugie nie jest oczywiste, nie jest widoczne gołym okiem. Wymaga wysiłku i zadania sobie bardzo ważnego pytania:

Co leży u podłoża takiego zachowania?

Jak często (a może jak rzadko) zadajemy sobie to pytania patrząc na ucznia pełniącego rolę klasowego błazna, agresora czy przedszkolnego cienia? Jak często (a może jak rzadko) zadajemy sobie to pytanie odbierając dziecko z przedszkola czy szkoły i napotykając na jego opór, złość, marudzenie…

Zachęcam do zadawania sobie tego lub podobnego pytania, bo dzięki temu możemy zobaczyć, że mamy przed sobą małego zagubionego człowieczka, który nie do końca sam wie, co się z nim dzieje. A reaguje w określony sposób, bo zwyczajnie inaczej jeszcze nie potrafi.

O zadania domowych

Październikowa sobota, piękna pogoda  żeby wyjść na dwór z dziećmi i odpocząć po całym tygodniu szkolnych zajęć i popołudniowo-nocnego odrabiania lekcji. Tymczasem rano słyszę: Mamo, czy może do nas wpaść Jagoda? Mamy do zrobienia projekt na w-f o zdrowym trybie życia.

Oczy przetarłam, dwa razy się uszczypnęłam, ba nawet twarz zimną wodą przemyłam (bo tak podobno zdrowo), żeby upewnić się, czy dobrze usłyszałam. Niestety dobrze…

Rano poszła drukarka w ruch, zaraz później trzeba było pojechać do sklepu po dodatkowe materiały, bo projekt miał być w formie plakatu. No i jak to moje dziecię z koleżanką zasiadło o 14.00 do tego plakatu, gdzie (wymyśliły sobie) motywem przewodnim będzie dużo uchu na świeżym powietrzu, tak skończyły o 19.00. W sam raz żeby wyjść i przećwiczyć treść plakatu w praktyce…

Czy tylko ja widzę absurd tej sytuacji? Plakat na w-f… W klasie sportowej… Do tego zadany do zrobienia przez weekend… Absurd tejże sytuacji nawet dzieci dostrzegły, cóż okazało się, że zadanie jest obowiązkowe, więc mimo absurdalności twardo przy nim siedziały…

W niedzielę nie będzie lepiej, bo poza zadaniem domowym z w-fu, mamy jeszcze zadania z wielu innych przedmiotów i kilka zapowiedzianych kartkówek plus sprawdzian z j. polskiego.

Kilka dni temu czytam w gazecie bardzo kolorowej o tym, jak gwiazdy wybierają i przebierają w stołecznych szkołach, żeby ich dzieci miały jak najlepszą edukację. Pani X chwali się, że u jej syna lekcje prowadzone są po francusku, dzieci mają zajęcia na tak wysokim poziomie, że  syn musi korzystać z korepetycji, ale przecież to dla jego dobra… Inna z mam mówi, że dla niej najważniejsze było, by dziecko rozwijało się z przedmiotów ścisłych, więc znalazła prywatną szkołę, gdzie już w trzecim roku edukacji dzieci mają dodatkowe zajęcia (nieobowiązkowe oczywiście) z fizyki i chemii. Inny tatuś z dumą opowiada o worku zajęć dodatkowych, na które biega ze swoim małym geniuszem. Szachy i dodatkowa matematyka plus j. angielski w tygodniu, na weekend jeden z dziecięcych uniwersytetów.  Może w szkołach, do których chodzą ich dzieci nie ma zadań domowych, ale zastanawiam się, czy ich brzdące, podobnie jak moja córka słońce widzą jedynie przez szybę jadąc rano do szkoły, czasami (choć już nie zawsze) wracając do domu. Świeżym powietrzem oddychając przechodząc  z domu do samochodu i z powrotem.

Tymczasem nasz system edukacyjny krzyczy, że dzieci nie mogą siedzieć przed telefonem, komputerem czy tabletem, że powinny więcej czasu spędzać na podwórku. Ba… tak patrzę i myślę, że realia są takie, nasze dzieci nie mają kiedy siedzieć przed urządzeniami elektronicznymi. Chyba że późną nocą, kiedy już skończą zadania i nauczą się do sprawdzianów.

Moja córka o 18.00 poddała się i powiedziała do swojej koleżanki: Jagoda, wiesz, ja to jutro sama dokończę. Teraz wolę pójść z Toba na podwórko i się trochę pobawić. I poszły… A plakat o zdrowym trybie życia może sobie poczekać…