Czasami po warsztatach spotykam się z informacją, że „no fajnie, że nie dajecie dobrych rad”, „super, że nie macie gotowych rozwiązań, bo każdy jest inny”, „doceniam, że szanujecie różnorodność i nie mówicie, jak chcesz uzyskać efekt B, to koniecznie zrób A, i wszystkie Twoje kłopoty znikną”. Tylko po tej informacji następuje znamienne ALE… „Ale ja potrzebuję wskazówek, co mam robić a czego nie, bo nie wiem, co to znaczy: zacząć od siebie”. Albo: „Ale przecież ja się komunikuję z moim dzieckiem, nie krzyczę, nie wymuszam, a i tak czuję, że między nami jest mur. To co ja mam właściwie zrobić? Jak mam rozmawiać?”. I tym podobne…

Zalewani obecnie różnymi radami-nieradami zewsząd słyszymy, że nasze dzieci potrzebują obecnie wsparcia. Naszego zainteresowania. Naszej obecności. Ale, że nie za dużo, że bez kontroli, że przecież potrzebują też swobody i poczucia, że mamy do nich zaufanie…

To ja się pytam: To JAK TO MA W KOŃCU BYĆ? To jak JA – MAMA TATO – mam się zachowywać, żeby wspierać: żeby nie za dużo, ale też nie za mało? Nosz kurcze… JAK?

I tu w kilkuminutowym webinarze zapewne powiedziałabym: każdy inaczej :).

Ale zamiast tego (właściw8ie w takim samym czasie) opowiem Wam pewną historię. Z QUIZEM prawie na końcu i wskazówką faktycznie na zakończenie. Opowiem Wam  historię z mojego własnego domowego podwórka (żeby nie było, że u mnie to tak idealnie i że ja wszystko wiem).

A historia jest taka:

Moje domowe rodzone dziecko jeszcze w czasach sprzed pandemii (a teraz myślę, że wiele dzieci cierpi na podobną chorobę) wracając ze szkoły  powtarzała, jak mantrę: „mamuś, ja juz nie daję rady”. „Mam za dużo”. „Nie nadążam z odrabianiem lekcji”. „Brakuje mi czasu dla siebie”. (Na marginesie – albo w marginesie – napomknę, że w ostatni weekend otworzyła książki w piątek o 17.00 po zakończeniu lekcji, a zamknęła w niedzielę o 22.00…).

Ale wracając do sytuacji, kiedy szkoła działała jeszcze normalnie, trudno było ściągać, trzeba było sie uczyć, a i zadania domowe sprawdzane były w miarę na bieżąco… (co nie znaczy, że teraz jest łatwiej). Moje własne domowe dziecko przychodziło i regularnie skarżyło się, że generalnie szkoła przytłacza, materiał zalewa, a jeszcze zajęcia dodatkowe i jeszcze gdzieś chciałaby w tym upchnąć chwilę na budowanie relacji z rówieśnikami…

I przychodziła z tym do mnie. A ja (i tu zaraz nastąpi quiz) mogłam na te żale znaleźć w kieszeni, sercu lub głowie jakąś właściwą sobie odpowiedź, która moim zdaniem mogłaby rozwiązać wszystkie problemy mojego dziecka. No bo przecież my dorośli mamy zapas takich DOBRYCH rad (i one naprawdę w naszym przekonaniu są dobre). I wiecie – ja nawet znajdowałam taką odpowiedź, tylko…

I tu zrobię tzw. stop klatkę, bo zanim dokończę, zapytam się: Którą z poniższych odpowiedzi Wy byście wybrali? Do której jest Wam najbliżej?

  1. Kochanie, jest tego trochę, ale nie przesadzaj. Wydaje mi się, że aż tak dużo tego nie ma. Chodź, sprawdzimy. Popatrzymy na to realnie…
  2. Wiesz, szkoda mi Ciebie w tym wszystkim, ale takie jest życie. Ani Ty, ani ja nic na to nie poradzimy. Czasami jest tak dużo, ale czasami też nie ma nic zadane. Nie mamy wyjścia – trzeba się z tym pogodzić.
  3. Mam pomysł. Odróbmy to razem. Pomogę Ci, może w ten sposób pójdzie Ci szybciej. Albo jeżeli chcesz, to zwolnię Cię z jutrzejszego sprawdzianu. Wiem – napiszę Ci usprawiedliwienie za brak zadań domowych. A na sprawdzian po prostu nie pójdziesz i po kłopocie.
  4. No dobrze, ale co tak naprawdę masz do odrobienia? Czy to wszystko jest na jutro? Czy musisz wszystko odrobić dzisiaj? A może cos źle przepisałaś? Może zadzwoń i się upewnij u koleżanek?
  5. Wiesz, ja trochę rozumiem tych nauczycieli. Zależy im, żeby Was jak najwięcej nauczyć. Bardzo się starają, przygotowują do tych lekcji. najlepiej jak potrafią. Chcą, żeby Wam ten materiał został w głowie. Przecież za kilka lat czeka Was egzamin ósmoklasisty…
  6. Bardzo mi Ciebie żal. To musi być straszne – nie mieć za grosz czasu na swoje przyjemności. Bardzo biedna w tym wszystkim jesteś…
  7. Wiem, jak to jest. Jak byłam w Twoim wieku – miałam podobnie. Też miałam tak dużo zajęć, zadań domowych i nauki. I też nie maiłam w ogóle czasu dla siebie. Rozumiem Cie doskonale.

Dokończenie historii jest takie: długo i wielokrotnie odpowiadałam: „Mam pomysł. Zwolnię Cię z zadań domowych. Możesz pójść na wagary. Nie musisz pisać sprawdzianu”.  I wiecie co… Moje dziecko co wieczór mówiło uparcie. „Nie!!!”. „Odrobię te zadania. Nauczę się na jutro”. A kolejnego dnia przychodziła do domu z tą samą mantrą. Żałością i trudnością w ogarnięciu otaczającej ją szkolnej rzeczywistości.

Aż któregoś dnia, po rozmowie ze znajomą coś we mnie zaklikało…

To był dzień, kiedy powiedziałam do Młodej:

Wygląda na to, że to dla Ciebie za dużo. Że chciałabyś być ok. Że zależy Ci na tym, żeby być przygotowaną. I żeby odrobić lekcje i nauczyć sie na sprawdzian. I słyszę, że kosztuje Cię to ogrom pracy...”.

I wiecie co, Młoda przytuliła się, wzięła głęboki wdech, zrobiła jeszcze głębszy wydech i powiedziała: „Bo ja bardzo chcę być przygotowana. To dla mnie bardzo ważne”.

Kolejne dni, mimo że zadań było tak samo dużo, były już nieco mniej ciężkie, zadania odrabiała z nieco większą lekkością, A któregoś dnia sama przyszła i powiedziała – zwolnisz mnie z tego zadania? Może faktycznie mogę od czasu do czasu odpuścić…