Ważne ,,nie”

Za nami Dzień Dziecka. Dzień pełen szaleństw w sklepach z zabawkami, kinach cukierniach i innych restauracjach gdzie zabiera się dzieci tylko na wyjątkowe okazje. I bardzo dobrze, dzieciom też się coś od życia należy. Można pozwolić na obżarstwo cukrowe i kubek coli. Ale czy na co dzień potrafimy dzieciom odmawiać? Umiemy powiedzieć ,,nie” kiedy prostu tak sądzimy. Kiedy dziecko prosi o kolejną bajkę, kolejnego loda lub cukierka a my wiemy, że to nie jest dla niego dobre, mówimy po prostu ,,nie”. Szczere NIE ma dużo więcej wartości niż TAK powiedziane tylko dlatego, że tak jest łatwiej, prościej i unikniemy kolejnej awantury. Kiedy mówimy dziecku NIE, mówimy jednocześnie TAK sobie, swoim potrzebom lub wartościom. Pokazujemy dziecku, co jest dla nas ważne. Nawet jeśli jest trudno i ciężko przyjąć mu naszą perspektywę. Chyba lepiej, żeby maluchy nauczyły się od nas, jak to jest czuć, kiedy nie na wszystko się zgadzamy, jak argumentować i negocjować. Podwaliny asertywności łatwiej zdobywać w domu niż dopiero w przedszkolu lub szkole. Ja też chcę, żeby moje dzieci umiały odmówić, jeśli nie będą się z kimś zgadzać. A jeśli ja ich tego nie nauczę to kto? Oczywiście biorę pod uwagę, że to nóż obusieczny. Ja je nauczę mówić ,,nie”, one będą coraz częściej mówiły ,,nie” do mnie. I choć na co dzień zdarza mi się o tym zapominać, to ogólnie cieszę się, że potrafią mówić ,,nie”, ponieważ za ,,nie” kryje się jakieś ,,tak” dla nich samych. Mam nadzieję, że dzięki temu w przyszłości moje dzieci będą miały w sobie tyle odwagi, żeby powiedzieć ,,nie” za każdym razem, kiedy tak myślą. Ja jeszcze jestem w drodze.

 

Godny miłości

Wystarczająco dobry rodzic, wystarczająco dobra matka, wystarczająco dobry człowiek. Niby wiem o tym, że nie jestem przecież idealna i że taka być nie muszę. ,,Z głowy” wszystko wiem. Rozumiem też nie muszę być przez wszystkich lubiana. Nie muszę brać pod uwagę ocen innych ludzi. Wiem, ze wartością jest być autentycznym właśnie takim jakim się jest…

A jednak… Wciąż chce być lepsza, robić więcej, być dla ludzi ideałem. Nie czuję się wystarczająco dobra. Ani jako mama, ani jako żona, ani jako pracownik, ani jako trener. Wciąż rozważam, że mogłam lepiej, że mogłam inaczej.

Chcę żeby moje dzieci tego nie miały. Żeby mogły się czuć wystarczająco dobre takie jakie są. Żeby autentyczność była dla nich wartością nadrzędną. Żeby umiały czuć wdzięczność bez względu na to jakie efekty uzyskały, jeśli tylko starały się najbardziej z całych swoich sił.

Pytanie. Jak to zrobić? Jak one mają mieć coś, czego mi tak bardzo brakuje. Jestem pewna że one są godne miłości, właśnie takie jakie są. Pewnie jest kilka narzędzi jak można to zrobić (np. dbając o rozwój zdrowego poczucia własnej wartości), na razie dla mnie najważniejsze jest zająć się sobą. Zatroszczyć się o siebie. Z troską i delikatnością poszukać w sobie, pobadać siebie i próbować żyć z tym jakim się jest. Nie jest to zadanie proste i na pewno efekty nie nadejdą w tydzień. Mam jednak nadzieję, że moja wewnętrzna praca się opłaca, że ja mogę sobie odpuścić i sama siebie docenić, a wtedy w w przyszłości będą to mogły zrobić moje dzieci.

 

Chyba osiągnę wolność wewnętrzną, gdy sama w sobie będę w stanie powiedzieć słowa Brene Brown:

,,Tak, jestem niedoskonała, mało odporna i czasami się boje, anie nie zmienia to faktu, że jestem jednocześnie dzielna i godna na miłości oraz poczucia przynależności.”

(Nie tylko)fejsbukowy świat nastolatków

Mamo, zrezygnowałam z facebooka – jakiś czas temu zakomunikowała mi moja domowa nastolatka.

Jak Ci z tym? – zapytałam dzisiaj.  – Z czym? Z życiem poza fb? Super – usłyszałam.

I nie brakuje Ci kontaktu z rówieśnikami? – próbowałam drążyć temat.

Tymi nierealnymi? Nie. A z tymi realnymi mam wystarczająco dobry. Pod warunkiem, że nie rozmawiają o tym, co na fb:).

Nie wiem, jak długo uchowa się poza wirtualnym światem. I nie wiem, czy to aby na pewno dobrze, że zrezygnowała ze swojej obecności w tym wymiarze. Mam poczucie, że obecność na portalach społecznościowych stała się elementem naszego (i naszych dzieci) życia.

Bardziej nurtujące jest dla mnie pytanie: czy wystarczająco dobrze przedstawiliśmy ten świat naszym dzieciom. Czy zaszczepiliśmy zasady bezpiecznego poruszania się po nim? Bo kiedy rozmawiam z dziećmi i młodzieżą na ten temat nie jestem do końca przekonana, czy wiedzą, jak dobrze, mądrze i bezpiecznie korzystać z ogromu możliwości, który wirtualny świat przed nimi otwiera. Dla wielu dzieci i nastolatków internet to głównie filmy na youtube, facebook (i inne portale społecznościowe) i kręcące się wokół nich życie towarzyskie – tu częściej spotykamy dziewczynki i nastolatki, a także różne gry – z przewagą chłopców. Do tego dochodzą różnej maści komunikatory. Powiedziałabym, że to taki standard dla współczesnej młodzieży. Trudno już wyobrazić ich sobie poza tym wirtualnym światem.

Ale czy to wszystko? Czy na tym koniec? No właśnie… Moim zdaniem to dopiero początek. Bo czas spędzony przed komputerem/tabletem/smartfonem może być również czasem budowania z dzieckiem więzi i relacji, może być też czasem zaszczepiania ciekawości i odkrywania pasji.

Młodzież, nauczyciele i autorytet

Podróżując z warsztatami i szkoleniami spotykam się z zarzutem, że współczesna młodzież w ogóle nie szanuje dorosłych. Czasami słyszę to od nauczycieli, czasami od rodziców. „Nie to, co my, za naszych czasów, to było zupełnie inaczej” – mówią jedni i drudzy.

Cóż… Przyznam się (chociaż nie mówcie tego na głos moim dzieciom), że nie wiem, jak to się stało, ale ja w okresie dorastania szukałam autorytetów wszędzie, tylko nie w domu i szkole. Byli starsi koledzy, czasami dużo starsi. Koleżanki też. Byli trenerzy, pisarze i poeci. Mój pogląd na świat ukształtowali też rodzice i starsze rodzeństwo moich przyjaciół, ale sięgając głęboko do wspomnień z końca podstawówki i liceum znajduję tylko dwie nauczycielki pasjonatki, którym mogę podziękować za to, że pojawiły się na mojej drodze. No właśnie tylko dwie, czy aż dwie???

Kiedy pytam, jakie cechy miał nauczyciel, który był dla nas autorytetem, pojawiają się takie określenia, jak: był sprawiedliwy, budował z uczniami relacje, pozwalał dyskutować, zadawać pytania i przez to stwarzał okazje do rozwoju, miał czas, był uważny, miał pasje. Kochał to co robi.

Często zadaję sobie pytanie: czy to dużo, czy mało?

A Waszym zdaniem? Co trzeba robić, kim być, żeby cieszyć się autorytetem wśród młodzieży?

 

Krótka historia braku (?) empatii u nastolatków

Dzisiaj tak mocno prywatnie będzie.

Generalnie w domu sytuacja patowa: Starsza kilka dni temu zwichnęła nogę, mi chwilę potem wysiadło kolano, tylko Młodsza jako-tako trzyma się w formie. Generalnie rodzina fajtłapów. Ale kto baby od zakupów powstrzyma?:)

Młodsza od tygodnia marudziła, co by jej hulajnogę kupić. Marudziła, marudziła. Wymarudziła, że  dzisiaj pojedziemy. Starsza temat podłapała, wprawdzie hulajnoga mało interesującym przedmiotem jest, ale już sklepy jubilerskie, które w centrum handlowym są, to już inna sprawa. Przecież kasę z urodzin sobie odłożyła. Przecież można połączyć przyjemne dla siostry z przyjemnym dla siebie. Nawet zwichnięta noga na chwilę przestała ją boleć.

No to pojechałyśmy… Ja ledwo kuśtykająca, Starsza w ciut lepszej formie i dziarsko maszerująca Młodsza.  Starsza szybko się ulotniła, twierdząc, że idzie oglądać świecidełka. Młodsza pobiegła po hulajnogę, którą nabyłam, ledwo dotachałam do bagażnika i dawaj szukać Starszej.

Znalazłyśmy się przy wejściu. – To mamuś pokażę Ci, co wybrałam. Bo obeszłam wszystkie sklepy i w każdym było coś ładnego. Chodź, pokażę Ci.

Myślę sobie: Doktor Kaczmarzyk niezaprzeczalnie ma rację (i wszyscy inni), twierdząc, że u nastolatków empatii to ze świecą szukać. Pocieszyłam się, że wędrując po sklepach z błyskotkami będziemy zmierzać w stronę apteki, to może moja noga da się przekonać, że wysiłek wart zachodu. Obiecałam jej kupić opaskę elastyczną z nadzieją, że ból się zmniejszy.

Moja noga ledwo ledwo próbuje nadążyć za tempem Starszej, która prawie zapomniała o zwichnięciu. Obeszłyśmy wszystko, co było do obejścia, obejrzałyśmy ze sto świecidełek. Ale wiecie, jak to u nastolatków – decyzje bywają albo bardzo pochopne, albo bardzo trudne. Zaliczyłyśmy aptekę, i już już mam w głowie wizję przybliżającego się auta i powrotu do domu, by zaopiekować się obolałą kończyną, kiedy słyszę od Starszej: – Wiesz, to ja jeszcze wrócę do tego pierwszego sklepu, bo jednak tam były najładniejsze kolczyki…

Uff, moje ciało całym sobą wypuściło parę westchnienia, jak lokomotywa Brzechwy.

– Dziecko, ale moja noga… – myślałam, że zdążę powiedzieć, jednak jej już nie było.

Siadłam z Młodszą i czekam. Mija minuta, druga, piąta. Dla mnie już prawie wieczność cała. Widzę – wraca Małpa jedna. Od ucha do ucha się szczerząc. No tak, myślę, przecież nie mają empatii. Przecież tysiąc razy to już słyszałam, więc jako pojętna matka zdaję się rozumieć. Ja tak, moja noga nie…

No i staje to to Duże przed mną z wyciągniętym zawiniątkiem i szczerząc zęby mówi:

– Zobacz, zobacz, zobaczJ, kupiłam…

I podaje mi torebkę z pudełkiem na kolczyki. Uff, myślę, przynajmniej swoją kasę wydała, to właściwie nie najgorzej.

Jakoś coś mnie tknęło. Powoli wyciągam pudełko, a w całym moim ciele pojawia się nieuświadomione jeszcze, jak wiosna za oknem przekonanie, że coś tu nie gra… No i nie zagrało. Otworzyłam i zobaczyłam… charm, który wieczność temu tego samego wieczora zwrócił moją uwagę wśród tysiąca obejrzanych świecidełek.

– To za te 14 lat męczarni ze mną, usłyszałam patrząc przez łzy na szczerzącego się przede mną dorastającego młodego człowieka. Podobno bez empatii. A jednak zdarza się. Nawet jeżeli to wyjątek, który potwierdza regułę.

Co zamiast kar?

Rodzice coraz częściej poszukują innej drogi wychowania niż autorytarne podejście, które często znają z własnego dzieciństwa. Problem zaczyna się przy wyborze drogi, którą chcą wybrać. Często wiedzą, że nie chcą stosować kar, jednak jak wychowywać bez nich, czy to w ogóle jest możliwe?

Możliwe, ale trudne do zrobienia. Dlatego zapraszamy na cykl, który będzie się pojawiał na naszej stronie i FB: Co zamiast kar? Oczywiście nie ma jednej i oczywistej drogi i sposobu na zrezygnowanie z kar. Dlatego chcemy pokazać ich wiele, by każdy mógł wybrać to, co mu jest bliższe i móc autentycznie z tego korzystać.

Czym w ogóle jest kara?

Kara jest działaniem opiekuna, które ma za zadanie wzmacniać jakieś zachowanie dziecka. Jest ingerencją w granice osoby, nie zaistniałaby bez ingerencji osoby z zewnątrz, nie ma nic wspólnego z logicznym następstwem zdarzeń. Jeśli dziecko popisze ścianę, a my zdecydujemy za nie, że w konsekwencji musi oddać z kieszonkowego za farbę – to już jest kara.

Mechanizm kar działa tak, ze dziecko odwracać uwagę od czynności, ale koncentruje się na unikaniu kary. Nie uczy więc wtedy dziecka pożądanego zachowania, ale robienia tego tak, żeby nie zostać przyłapanym (można tutaj przypomnieć sobie różne działania, które robiliście po kryjomu przed rodzicami, wiedząc, że grozi wam za to kara).

Wydaje nam się, że jeśli ukarzemy dziecko za coś, to one będzie później robiło odwrotnie. Np. jeśli dziecko nie posprzątało w pokoju, to zabieram jego wszystkie zabawki na trzy dni. A jak już dostanie te zabawki z powrotem, zawsze będzie utrzymywało porządek z powrotem. Okazuje się, że takie myślenie z neurologicznego punktu widzenia jest nielogiczne. Stosowanie kary powoduje, że organizm zostaje pobudzony przez stres.

Kara działa tak długo, jak długo istnieje przed nią strach. Skoro w relację między dzieckiem i rodzicem wkrada się stres i strach to ewidentnie widać jak jej stosowanie wpływa na tę relację, ale także na inne. Dzieci uczą się budować inne relacje na przykładzie tej pierwszej – z rodzicem.

Czy kara w takim razie działa? Tak działa i to szybko. Jednak nie na długo i powoduje negatywny wpływ na relacje.

 

 

Potraktuj błędy jako prezenty

Potraktuj błędy jako prezenty: to zdanie, które usłyszałam na jednym z warsztatów mocno mnie zainspirowało. Szczególnie mocno w kontekście rodzicielstwa. Prowadząc warsztaty spotykamy się bowiem z rodzicami, którzy czasami mówią: gdybym wtedy nie nakrzyczała na Jasia…, albo: gdybym tylko umiała inaczej reagować… Najwidoczniej w tej krytycznej chwili zwierzający się rodzic nie potrafił zachować się inaczej. Gdyby potrafił – pewnie zareagowałby:). Tymczasem to co zrobił, było najlepszym zachowaniem, jakie w danej chwili było dla niego do przyjęcia. Być może było błędne. Być może wywołało wyrzuty sumienia. Być może to, być może tamto… Zapewne zwierzający się rodzic poczuł się nieswojo ze swoim zachowanie – przecież dzięki temu zachowaniu trafił właśnie na warsztat, na konferencję dla Rodziców, zadzwonił do przyjaciela/przyjaciółki porozmawiać o tym, co się stało. A dzięki temu odkrył w sobie coś nowego. Odkrył świadomość, że dotychczasowe postępowanie można zmienić, ulepszyć, zmodyfikować. Nie zawsze jest to takie proste, ale warto patrzeć na nasze potknięcia jak na coś, co daje nam nową szansę, otwiera przed nami nowe możliwości:).

 

Tym razem o mózgu przedszkolaka…

Ostatnio na blogu dużo można było przeczytać o fascynujących zmianach w mózgu dorastających dzieci. A co z mózgami naszych czterolatków?! Tam to dopiero jest istny huragan… Nigdy już w swoim życiu nie będziemy mieli tak genialnych mózgów jak mają czterolatki. Dlaczego? A to dlatego, że właśnie w tej chwili dzieci mają najwięcej połączeń neuronalnych w historii swojego życia. Potrzebują też najwięcej energii w całej swojej życiowej historii. Co wcale nie oznacza, że genialnie się z nimi żyje. Wręcz przeciwnie, zmienność nastrojów, nagłe wybuchy, milion pytań i pomysłów na minutę… Tak, to codzienność rodziców i opiekunów czterolatków. Kiedy spojrzymy na tę codzienność z neurologicznego punktu widzenia może łatwiej będzie nam spojrzeć z empatią na przedszkolaka, który zmaga się z tak wielkim problemem w swojej głowie. Skoro wiemy, że mózg zalany silnymi emocjami nie myśli, pomóżmy zintegrować jego części, nazwijmy emocje, posiedźmy z dzieckiem aż intensywne uczucie minie, a potem możemy znów zacząć odwoływać się do logiki, które nasze dorosłe mózgi tak lubią.

Ten kawałek rozwoju mózgu ma też bardziej przyjemną część związaną ze słowotwórstwem i ilością kreatywnych pomysłów czterolatków i powiem Wam jedno, to już niestety nie wróci…

Oto kilka przykładów z mojego życia (autor Zofia lat 4) :

– ,,Uderzyłam się i boli mnie na cały świat”

– ,,Popatrz umiem skręcać głowę do tyłu”

– ,,Teraz ja tu rządzę bo mam plasterek”

– ,,Dorotka tańcowała nóżką bosą, bo nie miała ani butów, ani kapci, bo była biedna”.

Przytulas – lek (prawie) na wszystko

I jeszcze trochę o nastolatkach – tak post scriptum poprzedniego artykułu.

Jeszcze niedawno myślałam, że jedna dojrzewająca w domu latorośl to kosmos. Tak to prawda… Ale dwie dorastające panny, to powiedziałabym, że całe UNIVERSUM.

A mimo to, nie zapeszając, odnajduję w tym okresie przeogromny potencjał. I ogrom radochy.

Bo po latach rozmów o potrzebach i emocjach Młodsza (właśnie wchodząca w okres dojrzewania) przychodzi i mówi: mamo, jestem dzisiaj taka sfrustrowana. Albo: czarny ten dzień – potrzebuję się przytulić. Przytulisz???

Jeszcze niedawno, kiedy wychodziła ze szkoły potrafiła niemalże kopać, gryźć, i gwoździe w serce wbijać: wszystko było nie tak. A to źle, że się uśmiechnęłam albo jeszcze gorzej, że nie. Każdy pretekst był dobry.

– Zmęczona jesteś? – pytałam niekiedy.

– Potrzebujesz się przejść czy wyskakać? – pytałam kiedy indziej.

– Potrzebujesz pomilczeć? – kiwanie głową. – Ok. To jak będziesz chciała, jestem obok. Zawsze możesz odezwać się pierwsza.

To nie przyszło od razu. Nieraz sama byłam na skraju cierpliwości i wytrzymałości, szczególnie, kiedy coś w pracy poszło nie tak, jakiś kierowca zajechał mi drogę, czy ktoś przede mną wykupił w piekarni moje ulubione bułki.

– Wiesz, mi dzisiaj też jest ciężko – mówiłam wtedy. – Mam za sobą męczący dzień. Jestem rozdrażniona.

Ale bywały też chwile, kiedy dzień był cudny:

– Co było dzisiaj w szkole dla Ciebie najważniejsze? – pytałam i słuchałam.

A potem dzieliłam się swoją radością:

-A… wiesz, bo u mnie był dzisiaj bardzo fajny dzień. Miałam super szkolenie. Bardzo ciekawą grupę miałam…

Minęło kilka lat.

Dzisiaj słyszę: wiesz, bo ja dzisiaj taka sfrustrowana jestem. Od rana moje potrzeby nie są spełniane. Przytulisz? No i przytulam. Tak długo jak potrzeba. A potem robimy razem gorącą czekoladę. I już jest dobrze…

Bo nie ma jednego najlepszego rozwiązania dla wszystkich…

Ostatnio spotkałam się z moją koleżanką. Kawa, ciastko, babskie plotki. O czym… O wszystkim i o niczym. Ale między innymi o dzieciach. Posypały się żale i narzekania: a to, że młodsza córka nie je, a że starszy syn rozrabia w przedszkolu. I że ciągle coś.

– Ale wiesz, usłyszałam prawie na koniec. – Znalazłam taki blog, na którym jakaś babeczka psycholog pisze, jak radzić sobie w konkretnych sytuacjach. Jest super. Daje konkretne rozwiązania. Mówi krok po kroku, co zrobić. Umówiłam się z nią na internetową poradę. Może w końcu ktoś mi coś doradzi.

Po dwóch tygodniach koleżanka dzwoni:

– Wiesz, jestem po pierwszych konsultacjach – mówi w słuchawkę podekscytowana. – Dostałam konkretnie rozpisany plan postępowania. Od dzisiaj zaczynam wszystko wdrażać w życie.

Po dwóch tygodniach koleżanka dzwoni ponownie. Tym razem nie słychać w jej głosie ekscytacji:

– Wiesz, mam dosyć – po drugiej stronie słyszę rezygnację. – Młody nie chce chodzić do przedszkola. Młoda wróciła do sikania w majtki, chociaż już przez trzy miesiące świetnie sobie radziła bez pieluchy. Zupełnie nie wiem, o co chodzi. Nie mam pojęcia, co się stało, że nagle tak się pozmieniali.

Usiadłyśmy przy kawie ponownie. Ponownie przegadałyśmy. Tym razem mniej koleżeńsko, a bardziej profesjonalnie: co mogło się zadziać, dlaczego jej dzieci nagle zaczęły zachowywać się dla niej dziwnie i dlaczego u nas nie znajdzie gotowych rozwiązań. Że każde dziecko jest inne. Że każdy rodzic ma swoje przyzwyczajenia, przekonania, swój temperament. I że moje rozwiązanie jest dobre dla mnie, a u kogoś innego już nie musi się sprawdzić. I że wprowadzanie czegoś na siłę bez uważności na siebie i na swoje dzieci (choćby nawet największy autorytet powiedział, że tak należy zrobić) może przynieść zupełnie odwrotne rezultaty.

Szybko okazało się, że gotowiec przesłany przez internetową panią psycholog specyficznie podziałał na moją koleżankę. Wprawdzie nie do końca się z nim zgadzała, ale za wszelką cenę postanowiła go wdrożyć w życie. I skutecznie odpierała od siebie wszelkie informacje z zewnątrz, że to nie jest jej droga… Skutecznie brnęła w głębokie fale, mimo że nie umiała pływać.

Podczas naszej rozmowy otworzyło się kilka pomysłów, koleżanka odkryła ze zdziwieniem, że naciska na niektóre rzeczy tylko dlatego, że przecież tak powinno być, a przecież tak naprawdę wcale jej na nich nie zależy. Po miesiącu Młody zaczął doceniać przedszkole, po dwóch młoda ponownie przestała korzystać z pieluchy. A koleżanka zaczęła bardziej przyglądać się sobie. Swoim reakcjom, emocjom i potrzebom. I zobaczyła, że im bardziej jest przy sobie, tym równocześnie jest bliżej swoich dzieci…